Lilypie Kids Birthday tickers Lilypie Kids Birthday tickers Lilypie Kids Birthday tickers Lilypie First Birthday tickers
sobota, 03 grudnia 2011
Makaronowe mosty

Jak Wam minął tydzień? Mi zdecydowanie pod znakiem nauki i budownictwa. Chociaż z wykształcenia jestem inżynierem środowiska, praca wymaga ode mnie bym była też inżynierem budownictwa, bo tu w Irlandii te dwie dziedziny przeważnie idą w parze. Wraz z nowym budynkiem dostaliśmy również trochę nowego wyposażenia. A nowy sprzęt wiąże się z nauką jego obsługi. Na ten tydzień przypadły 3 dni treningu. Uczyłam się między innymi jak obsługiwać instrument do symulacji trzęsień ziemi :)
A dziś powtórka z pierwszej pomocy.
Wczoraj z kolei były zawody wytrzymałości mostów zbudowanych ze spaghetti. Pierwszy raz odbyły się u nas na wydziale. Muszę powiedzieć, że pomysł choć ściągnięty z internetu, był bardzo dobry. Nie ma jak duch rywalizacji pomiędzy studentami. I przy okazji trochę rozrywki dla pracowników :) Niestety nie miałam ze sobą aparatu, ale znalazłam dla Was kilka przykładów z internetu. Myślę, że zbudujemy kiedyś taki most z Ami :)

piątek, 15 lipca 2011
Wielkie otwarcie

Dziś nastąpiło wielkie otwarcie naszego nowego budynku. W Irlandii zwykle premier lub co najmniej któryś z jego ministrów przecinają wstęgę. W naszym przypadku był to sam Taoiseach (irl. premier) Enda Kenny. Jak na polityka przystało spóźnił się o godzinę, ale nikomu to jakoś nie przeszkadzało bo mogli sobie bezkarnie poplotkować :). No ale w końcu dotarł, wygłosił wyciskające łzy przemówienie (tu oczywiście sobie trochę żartuję), przeciął sznurek i pojechał dalej rządzić państwem. Jak na człowieka mającego na głowie państwo objęte kryzysem wydawał się całkiem zrelaksowany i wesoły. Dobra mina do złej gry?

Potem nastąpił (nareszcie) czas na przekąski i kawkę i masowe zwiedzanie budynku. Ja odwaliłam prywatę, bo oprowadziłam J., który to też został zaproszony na uroczystość.

Fajnie, rzadko zdarza nam się coś ekscytującego w pracy...


Tagi: taoiseach
17:37, maya.d , Praca
Link Komentarze (2) »
czwartek, 30 czerwca 2011
Nowe biuro

Nareszcie mogę Wam pokazać moje nowe biuro. Pudeł już nie ma. Koleżanka się wprowadziła i nie wydaje się już obrażona. Biurko sobie przestawiła pod drugą ścianę, także teraz też siedzi przodem do drzwi, ale za to nie ma żadnych gniazdek.

A to mój mały kącik:

Widok z okna nieciekawy, ale przynajmniej jest okno. Kilka osób na parterze ma biura zupełnie bez okien. Zwariować można!

I sufit, no comments:

I jeszcze kilka fotek z wnętrza budynku. Lobby:

I takie małe detale, przekrój przez ścianę i podłogę, żeby przyszli inżynierowie mogli sobie zobaczyć jak to w środku wygląda.

Większość osób, które słyszałam wyrażające opinie o naszej nowej siedzibie stwierdziła, że jest zbyt 'męski'. Dominujący kolor to szarość z dodatkiem bieli i niebieskiego. Część ścian jest nawet nie otynkowana. I te koszmarne sufity z odsłoniętymi kablami i nie omalowane... Wszystko po to by pokazać, że jest to budynek inżynierów. Hę? Że niby to inżynierowie nie znają się na estetyce? No niektórzy na pewno się nie znają. Ci co projektowali wnętrza.

Także z zewnątrz dosyć mi się podoba, ale wnętrzom mogłabym wiele zarzucić. I nie ulega wątpliwości, że ogólnie jest to dla nas wszystkich dużo lepsza siedziba. Wcześniej byliśmy porozrzucani po całym kampusie, często w całkiem nieodpowiednich budynkach.

środa, 08 czerwca 2011
Przeprowadzona

No, to dziś piszę do Was oficjalnie z nowego biura. Zrobię kilka zdjęć jak tylko rozpakuję pudła. Na razie tu strasznie pusto. Białe ściany i kilka półek. Ale myślę, że z czasem się zadomowię.
Biuro będę dzielić z kobietą, którą kiedyś wspomniałam tu. Miałam nadzieję na pokojowe i ciche towarzystwo, ale niestety zaczęło się od focha. W biurze są dwa biurka ustawione tyłem do siebie. W efekcie jedna osoba siedzi przodem do drzwi, druga tyłem. Niby ta pierwsza wersja jest lepsza, bo wtedy ten co wchodzi przez drzwi nie widzi co jest na ekranie komputera. I tu już oczywiście zakładamy, że ten ktoś się obija i nie chce by ktoś to zobaczył :)) W każdym razie to 'lepsze' biurko trafiło się mnie odgórnie. Po prostu mój telefon i komputer został w tym miejscu podłączony. Kilka dni temu został na ten temat wysłany email i niby nikt nic nie miał na ten temat do powiedzenia.
A dziś koleżanka wchodzi do biura, patrzy na mój rozłożony już komputer na biurku i mówi, że ona wolałaby to biurko jeśli nie mam nic przeciwko. Ja jej na to, że to nie było moje widzimisię, tylko to biurko zostało mi przypisane przez samaniewiemkogo. A ona na to obróciła się na pięcie i wywędrowała. I do tej pory jej nie ma.
Może i powinnam ustąpić jej miejsca, ale tak sobie myślę, że dlaczego bym miała tak zrobić. Biurko to biurko, nie?

A na razie jeszcze dwa zdjęcia nowego budynku, od strony wejścia i od strony rzeki:

A stąd się wyprowadziłam:

wtorek, 28 września 2010
Robota to głupota

Z braku dostępu do tego:zajadam się tym:

A wszystko przez chandrę. Powód? Ogólnie można by powiedzieć, że przez pracę. Po pierwsze stwierdziłam dziś rano, że matka nie powinna być zmuszona do pracy. A już na pewno nie matka 7-miesięcznego bobasa. Wczoraj Natek trochę chorował, puszczał pawiki. Rano już niby było wszystko z nim ok, ale taki się wydawał nieszczęśliwy. Ami też jakoś już mniej lubi szkołę odkąd wróciłam do pracy. Nie mam dla niej teraz zbyt wiele czasu. J. wraca gdy maluchy są już w pidżamach. Aż boję się myśleć co by było gdybym wróciła na pełny etat. A nie wspominam już o tym, że dom wygląda jak pobojowisko... Ech.

Po drugie wykrakałam sobie tutaj w pracy zastałam mega bałagan. I oczywiście spodziewają się, że sobie z nim poradzę w kilka dni, bo po uniwerku snują się inspektorzy z HSA (Health and Safety Laboratory) niczym dementorzy z Harrego Pottera i polują na nieprzepisowe laby. Argh. Dziś dopadło mnie też spore, tzn. drogie zamówienie, które złożyłam zaraz przez macierzyńskim, czyli na początku lutego. Dałam je szefowi do ręki. On złożył je w opiekę, słusznie zresztą, mojej 'ulubionej' koleżance a ona je odwołała już po tym, jak biuro finansowe sobie odliczyło sumę z puli wydziałowej. No i dziś, 2 dni przed końcem finansowego roku okazało się, że jak już te pieniądze były na to przeznaczone to trzeba je wydać. Musiałam dokonać więc cudu, żeby nam przysłali fakturę za coś, czego jeszcze nie zrealizowano. Paranoja!

No i jak się tu nie wściec i nie wpaść w czekoladoholizm?